poniedziałek, 5 czerwca 2017

#13

Kochany,

jako że z optymizmem mam podobne problemy, co ze zgubieniem dodatkowych kilogramów, dzisiejszej nocy chcę się z Tobą podzielić moimi obawami. I chociaż wstęp ma nieco żartobliwy ton, to reszta listu już taka nie będzie.

Marzę o tym, że Cię spotkam odkąd tylko pamiętam. Jak większość małych dziewczynek pragnęłam mieć swojego księcia z bajki. Mężnego, opiekuńczego, dobrego. Jedynego spośród wszystkich innych, który traktowałby mnie wyjątkowo, doceniał moje zalety i kochał, pomimo przeciwności losu. Banał.

Kiedy trochę podrosłam zrozumiałam, że zdobione suknie (a już zwłaszcza te różowe!), pantofelki i inne wymysły to nie moja bajka. Że delikatna i krucha istotka przeznaczona dla księcia to nie ja, a dworskie maniery i wystawne bale nigdy nie staną się moją codziennością. Zapragnęłam więc Rycerza. Wojownika z krwi i kości, którego największą siłą jest siła charakteru. Niezłomnego człowieka z zasadami nie na sprzedaż. Myślącego samodzielnie, nawet za cenę samotności i odrzucenia tłumu. Ja niczym prawdziwa Wojowniczka walczyłabym po jego stronie przeciwko całemu światu i stworzylibyśmy armię nie do pokonania.

Dziś, kiedy stałam się dorosłą kobietą, wiem, że cząstki tych wyobrażeń z przeszłości zostały gdzieś w mojej podświadomości. Tak naprawdę szukam jednak Przyjaciela, z którym połączy mnie magiczne „coś”. I „chemia” brzmi tu dość tandetnie, często z resztą sprowadza się mniej lub bardziej do cielesności. To o czym mówię jest magnetyzmem, niewyjaśnioną siłą przyciągania dwóch konkretnych osób, których drogi łączą się nawet jeśli los na chwilę je rozłączy. Magia.

Ty będziesz właśnie tym kimś. Będziesz czytał mi w myślach i dokańczał za mnie zdania. Znał czułe punkty i dostrzegał siłę. Rozmawiał o globalnych problemach i jutrzejszej pogodzie. Wybaczał mi, że gotując prawie nie solę. Lubił moje dziwactwa. Nie będę się musiała bać, mówiąc o tym, że wzruszyłam się na widok skąpanych w letnim słońcu drzew, bo Ty to zrozumiesz. A ja w zamian dam Ci wszystko co potrafię, bo Twój uśmiech będzie najbliższym memu sercu.

I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie jeden element układanki – codzienne życie. Dom, szkoła, praca, brudne naczynia, podrapane przez koty meble, lenistwo, zmęczenie, humory, pieniądze i stres. Do tego mój trudny charakter, skłonność do wyolbrzymiania i neurotyzm. Bonusowo dodać możemy różne przeciwności losu i… zaczynają się schody. Co wtedy?

Zastanawiałam się, co byłoby gdybym Cię w końcu spotkała i życie by nas pokonało. Byłabym szczęściarą, bo spotkałam prawdziwą miłość i jednocześnie pechowcem, bo nie potrafiłabym tej miłości przenieść przez życie. Czy w takich okolicznościach losu wolałabym Cię nigdy nie poznać? Trzymać w głowie, snując marzenia zamiast doznać bolesnej straty?

Serca takie jak moje zawsze będą nosić na sobie rany, równie bolesne, co i piękne. Bo widzisz… gdybym miała odpowiedzieć na powyższe pytanie, zacytowałabym Setha z „Miasta Aniołów”: „Wolałbym tylko raz powąchać jej włosy, pocałować usta, dotknąć dłoni, niż zaznać wieczności bez tego.”. Tak więc zjaw się, nawet jeżeli masz złamać mi serce. Czekam na Ciebie.

Twoja A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz