piątek, 21 października 2016

#7

Kochany,

chcę podzielić się z Tobą moim ostatnim dokonaniem. Wyobraź sobie, że... skoczyłam na bungee! Tak, mówię zupełnie serio - zrobiłam to. Chociaż mi też trudno w to uwierzyć.

Jeszcze o tym nie wiesz, ale "ja jestem z tych, którym strach uniemożliwia oddychanie" - jak śpiewała Nosowska. Daleko mi do przebojowych ludzi podbijających świat. Muszę jednak przyznać, że czasem chciałabym być jedną z nich. Przychodzi taki czas, w którym człowiek ma po prostu dosyć stania na szarym końcu szeregu i czekania aż los w prezencie spełni jego pragnienia. Najlepszy czas na zmiany to dziś - choć brzmi to tak banalnie jak z poradnika Pawlikowskiej czy powieści Coelho. Tak też jednak postanowiłam - zakończyć odkładanie życia na potem, które może nigdy nie nadejść.

Marzyłam o tym, żeby skoczyć już od kilku lat. Z zazdrością oglądałam zdjęcia znajomych, którzy mieli już to ekstremalne przeżycie za sobą i obiecywałam sobie, że "kiedyś" to zrobię. Z tyłu głowy wiedziałam jednak, że to nie dla mnie, a magiczne "kiedyś" to tylko wymówka dla uspokojenia ego.

Strefa komfortu ma to do siebie, że daje nam złudne bezpieczeństwo, które stopniowo zabija. Każda klatka jest zła, chociażby była ze złota. Na wolności czeka mnóstwo niebezpieczeństw i tyle samo piękna. Coś za coś. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby przeżyć 70 lat wegetacji, zamiast 35 pełnych przygód i różnorodnych doznań? Odpowiedź brzmi - wielu. To zatrważające jak niezliczona ilość ludzi świadomie wybiera klatki. Aranżuje je w ulubionych kolorach, dodaje oryginalne ozdoby, zasłania kraty i wierzy, że to najlepsze rozwiązanie i wszystko jest tak, jak być powinno. W momencie, w którym ja także zaczęłam urządzać się w swojej własnej... rozleciała się z wielkim hukiem! Bolało jak jasna cholera! Niczym wypłoszony ptak wyleciałam z niej w ostatniej chwili. Nie obeszło się bez szwanku, odłamki metalu boleśnie poraniły skrzydła, a lęk przed całym światem, który ujrzałam, na chwilę mnie sparaliżował. Z każdym kolejnym dniem odkrywałam jednak zakątki świata, którego nigdy nie zobaczyłabym z zamknięcia i przekonałam się ile traciłam.
Obiecałam sobie wtedy, że strefę komfortu będę opuszczać tak często jak tylko się da. I słowa dotrzymuję.

Wracając do skoku. Na wysokości 90 metrów (33 piętra!) czułam niewyobrażalny niepokój. Trudno dokładnie opisać emocje towarzyszące mi w tej chwili, ale myślę, że można by je porównać do paniki, lęku i ekscytacji razem wziętych. Nie wyskoczyłam od razu. Patrząc w dół byłam zdrętwiała, jednak wiedziałam, że to ten moment, w którym zrobię to "teraz albo nigdy"... i poleciałam! Sama, z własnej i nieprzymuszonej woli. To było coś! Mimo że lot trwał zaledwie kilka sekund, była to jedna z najlepszych chwil mojego życia. Nie dlatego, że to ekstremalne przeżycie (chociaż trudno temu zaprzeczyć), ale przede wszystkim dlatego, że pokonałam swój strach i przez chwilę byłam... po prostu wolna.

W odczuwaniu strachu nie ma nic wstydliwego. Powinniśmy jednak pokonywać go, za każdym razem kiedy zaczyna nas ograniczać. Jeśli zastanawiasz się, czy warto... uwierz mi, bez cienia wątpliwości odpowiadam - warto!

Twoja A.

środa, 12 października 2016

#6

Kochany,

przepraszam, że tak długo się nie odzywałam! Zupełnie pochłonęły mnie sprawy związane z przeprowadzką i szkołą. Proza dnia codziennego potrafi wciągnąć człowieka bez reszty. Wracam jednak do życia i obiecuję pisać częściej.

Muszę Ci się pochwalić, że pierwszy raz w życiu sama... upiekłam ciasto! Tak, wiem że jak na 22-letni żywot nie jest to nadzwyczajne osiągnięcie, jednak w moim przypadku to już "coś". Nie trafi Ci się królowa MasterChefa i lepiej żebyś nie narzekał na to zbyt często, bo szybko się zniechęcam! Moje ciasto z batatów było pyszne, jednak nie prezentowało się zbyt dobrze. W myśl zasady, że jedzenie przede wszystkim powinno smakować, nie wyglądać. Wszystko było (prawie) zaplanowane. Kolejne próby niebawem!

Żeby było ciekawiej muszę Ci się przyznać, że Perfekcyjną Panią Domu też nie jestem. Pranie kolorowych ubrań jak powszechnie wiadomo poziomem trudności nie przypomina konstruowania rakiety kosmicznej, jednak znów zafarbowałam wszystkie jasne ubrania, tym razem na czarno. Teraz w mojej garderobie znaleźć można różne odcienie szarości. Ogólnie rzecz biorąc nie jest źle, bywało gorzej. Uwierz mi na słowo - róż był okropny!

Rola kobiety w obrębie domowego ogniska, którą powszechnie uznaje jeszcze pokolenie moich rodziców, zawsze budziła mój wewnętrzny sprzeciw. Nigdy nie rozumiałam dlaczego akurat niewiasta ma wykonywać wszystkie te męczące, pracochłonne i niemiłe czynności "z automatu", a mężczyzna może, ale nie musi ich robić. Może to i miało jakiś sens w układzie,w którym to tylko facet pracował i zarabiał na dom, a partnerka o ten dom dbała, jednak we współczesnych realiach, w których obydwie strony poruszają się w sferze zawodowej, zupełnie straciło rację bytu. I całe szczęście! Teraz pozostało tylko czekać, aż społeczeństwo przestanie postrzegać takie bałaganiary jak ja, jako wybrakowany egzemplarz.

Mam nadzieję, że nie jesteś z tych, którzy potrzebują kucharki, sprzątaczki i kobiety w jednym, bo będziesz miał przy mnie rozdarte serce. Będę się starać, nie zaprzeczam, jednak jeśli chodzi o kurę domową to możemy z niej zrobić co najwyżej... naszego pupila.

Twoja A.