niedziela, 13 listopada 2016

#9

Kochany,

masz czasem tak, że czujesz się jak jeden z tych kubków, które zostały na sklepowej półce po wyprzedaży reszty kolekcji? Nadeszło nowe, bogactwo wzorów i kształtów, tylko Ty jakoś odstajesz. Nawet jeśli komuś podoba się Twój design, to nie będziesz pasował do reszty zastawy na domowym przyjęciu.

W samotne, niedzielne popołudnie można robić setki ciekawych rzeczy. Tak więc ja postanowiłam... rozwiązywać internetowe quizy. Tak jest! Ambitne zajęcie dla dorosłej kobiety. W poszukiwaniu siebie odpowiedziałam na dziesiątki pytań. Miały na celu odkryć tajemnice mojej podświadomości. Jak się pewnie domyślasz - nie dowiedziałam się niczego ważnego. No może poza tym, że wbrew opinii bliskich mi osób - nic nie wskazuje na to, żebym była psychopatką. Możesz odetchnąć z ulgą... ale tylko na chwilę. Dlaczego na chwilę? Otóż poziom mojej stabilności emocjonalnej to podobno 23% - sam więc rozumiesz, że wszystko może się zmienić w ułamku sekundy. Na pocieszenie powiem Ci, że kolor mojej duchowej energii to zielony - cokolwiek miałoby to oznaczać. No i nie jestem narcyzem - to też dobry znak. Jeśli chodzi o numerologię jestem 11 - "starą duszą" - w sumie zawsze czułam się wewnątrz trochę staro, więc coś w tym może być.

Najbardziej jednak przekonało mnie ostatnie zdanie o 11: "Ich droga nie jest łatwa". To chyba jedyne stwierdzenie ze wszystkich rozwiązanych dziś quizów, pod którym mogłabym się podpisać.

Tak na poważnie to szaro dziś u mnie, chociaż pogoda za oknem całkiem ładna. Myśl o tym, że nigdzie się nie pasuje, wkrada się pomiędzy wszystkie inne i o sobie przypomina. Może pewnego dnia pojawisz się w sklepie i wybierzesz właśnie ten kubek? Taki obdrapany, z małym uszczerbkiem przy uchu, w nierówne kwiatki. Trochę za słodki jak dla faceta, trochę za duży jak na kubek i trochę niewygodny do mycia. Nie będzie pasował do niczego co masz w domu. Ale co z tego? Może to właśnie w nim, kawa w tak smutne dni jak ten, będzie smakowała najlepiej.

Czas na kawę!

Twoja A.

czwartek, 3 listopada 2016

#8

Kochany,

zastanawiam się: co teraz robisz? Czym żyjesz? Czy coś Cię martwi?
Myślę o Tobie po 1 w nocy, z kubkiem ciepłej herbaty w dłoni. W głośnikach słychać muzykę Presleya. Wzruszam się. Tak, istnieją na tym świecie kobiety "beznadziejnie romantyczne", których nadwrażliwość powinno się leczyć jako nieprzystosowanie do życia.

Z tym, że ja to nieprzystosowanie nawet lubię. Tak jak lubię każdą swoją słabość, na którą narzekam. To zabawne kiedy człowiek odkrywa, że jedyną osobą, która nie opuści go do śmierci jest tylko on sam. To moje odkrycie roku. Postanowiłam się sobą zaopiekować, cokolwiek by się nie działo. To dało mi prawdziwe poczucie bezpieczeństwa, którego nikt inny nie jest w stanie mi podarować. Miłość do siebie uzdrawia. Niesłychane jak często jest mylona z dużym ego, choć tak naprawdę nie ma z nim nic wspólnego. Kochać siebie to znaczy wybaczać sobie bycie "gorszym od kogoś", a ego pragnie tylko "bycia od kogoś lepszym". Na tym polega różnica.
Mówię więc wprost: kocham siebie - inną od reszty - nie lepszą, nie gorszą.

Przeczytałam gdzieś, że jeśli sami siebie nie kochamy, to nikt inny też nie będzie w stanie nas pokochać. Coś rzeczywiście w tym jest. Niedowartościowani ludzie, którzy nie kochają siebie wciąż szukają potwierdzenia swojej wartości. Choćbyś dał im wszystko co masz najlepsze - nie wystarczy. Jesteś jednym człowiekiem, a zainteresowanie "tylko jednego" człowieka to przecież tak niewiele... Szukają więc kolejnych osób i kolejnych, żeby udowodnić sobie, że np. nadal potrafią zdobywać. Problem polega na tym, że nawet jeśli człowiek podbije serca 100 ludzi, to wciąż są miliony innych. Ciekawe czy z nimi też dałby radę? I tak można wpaść w błędne koło.
Gotowość na bliskość dzieloną z drugim człowiekiem zaczyna się wtedy, kiedy kochasz siebie i nic już nie musisz udowadniać. Ani sobie, ani innym.

Moja ukochana jesień powoli umiera. Uciekający czas potrafi przytłaczać, ale z drugiej strony... z każdym dniem bliżej do naszego spotkania.
Gdziekolwiek jesteś - "You were always on my mind" - dobrej nocy.

Twoja A.

piątek, 21 października 2016

#7

Kochany,

chcę podzielić się z Tobą moim ostatnim dokonaniem. Wyobraź sobie, że... skoczyłam na bungee! Tak, mówię zupełnie serio - zrobiłam to. Chociaż mi też trudno w to uwierzyć.

Jeszcze o tym nie wiesz, ale "ja jestem z tych, którym strach uniemożliwia oddychanie" - jak śpiewała Nosowska. Daleko mi do przebojowych ludzi podbijających świat. Muszę jednak przyznać, że czasem chciałabym być jedną z nich. Przychodzi taki czas, w którym człowiek ma po prostu dosyć stania na szarym końcu szeregu i czekania aż los w prezencie spełni jego pragnienia. Najlepszy czas na zmiany to dziś - choć brzmi to tak banalnie jak z poradnika Pawlikowskiej czy powieści Coelho. Tak też jednak postanowiłam - zakończyć odkładanie życia na potem, które może nigdy nie nadejść.

Marzyłam o tym, żeby skoczyć już od kilku lat. Z zazdrością oglądałam zdjęcia znajomych, którzy mieli już to ekstremalne przeżycie za sobą i obiecywałam sobie, że "kiedyś" to zrobię. Z tyłu głowy wiedziałam jednak, że to nie dla mnie, a magiczne "kiedyś" to tylko wymówka dla uspokojenia ego.

Strefa komfortu ma to do siebie, że daje nam złudne bezpieczeństwo, które stopniowo zabija. Każda klatka jest zła, chociażby była ze złota. Na wolności czeka mnóstwo niebezpieczeństw i tyle samo piękna. Coś za coś. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby przeżyć 70 lat wegetacji, zamiast 35 pełnych przygód i różnorodnych doznań? Odpowiedź brzmi - wielu. To zatrważające jak niezliczona ilość ludzi świadomie wybiera klatki. Aranżuje je w ulubionych kolorach, dodaje oryginalne ozdoby, zasłania kraty i wierzy, że to najlepsze rozwiązanie i wszystko jest tak, jak być powinno. W momencie, w którym ja także zaczęłam urządzać się w swojej własnej... rozleciała się z wielkim hukiem! Bolało jak jasna cholera! Niczym wypłoszony ptak wyleciałam z niej w ostatniej chwili. Nie obeszło się bez szwanku, odłamki metalu boleśnie poraniły skrzydła, a lęk przed całym światem, który ujrzałam, na chwilę mnie sparaliżował. Z każdym kolejnym dniem odkrywałam jednak zakątki świata, którego nigdy nie zobaczyłabym z zamknięcia i przekonałam się ile traciłam.
Obiecałam sobie wtedy, że strefę komfortu będę opuszczać tak często jak tylko się da. I słowa dotrzymuję.

Wracając do skoku. Na wysokości 90 metrów (33 piętra!) czułam niewyobrażalny niepokój. Trudno dokładnie opisać emocje towarzyszące mi w tej chwili, ale myślę, że można by je porównać do paniki, lęku i ekscytacji razem wziętych. Nie wyskoczyłam od razu. Patrząc w dół byłam zdrętwiała, jednak wiedziałam, że to ten moment, w którym zrobię to "teraz albo nigdy"... i poleciałam! Sama, z własnej i nieprzymuszonej woli. To było coś! Mimo że lot trwał zaledwie kilka sekund, była to jedna z najlepszych chwil mojego życia. Nie dlatego, że to ekstremalne przeżycie (chociaż trudno temu zaprzeczyć), ale przede wszystkim dlatego, że pokonałam swój strach i przez chwilę byłam... po prostu wolna.

W odczuwaniu strachu nie ma nic wstydliwego. Powinniśmy jednak pokonywać go, za każdym razem kiedy zaczyna nas ograniczać. Jeśli zastanawiasz się, czy warto... uwierz mi, bez cienia wątpliwości odpowiadam - warto!

Twoja A.

środa, 12 października 2016

#6

Kochany,

przepraszam, że tak długo się nie odzywałam! Zupełnie pochłonęły mnie sprawy związane z przeprowadzką i szkołą. Proza dnia codziennego potrafi wciągnąć człowieka bez reszty. Wracam jednak do życia i obiecuję pisać częściej.

Muszę Ci się pochwalić, że pierwszy raz w życiu sama... upiekłam ciasto! Tak, wiem że jak na 22-letni żywot nie jest to nadzwyczajne osiągnięcie, jednak w moim przypadku to już "coś". Nie trafi Ci się królowa MasterChefa i lepiej żebyś nie narzekał na to zbyt często, bo szybko się zniechęcam! Moje ciasto z batatów było pyszne, jednak nie prezentowało się zbyt dobrze. W myśl zasady, że jedzenie przede wszystkim powinno smakować, nie wyglądać. Wszystko było (prawie) zaplanowane. Kolejne próby niebawem!

Żeby było ciekawiej muszę Ci się przyznać, że Perfekcyjną Panią Domu też nie jestem. Pranie kolorowych ubrań jak powszechnie wiadomo poziomem trudności nie przypomina konstruowania rakiety kosmicznej, jednak znów zafarbowałam wszystkie jasne ubrania, tym razem na czarno. Teraz w mojej garderobie znaleźć można różne odcienie szarości. Ogólnie rzecz biorąc nie jest źle, bywało gorzej. Uwierz mi na słowo - róż był okropny!

Rola kobiety w obrębie domowego ogniska, którą powszechnie uznaje jeszcze pokolenie moich rodziców, zawsze budziła mój wewnętrzny sprzeciw. Nigdy nie rozumiałam dlaczego akurat niewiasta ma wykonywać wszystkie te męczące, pracochłonne i niemiłe czynności "z automatu", a mężczyzna może, ale nie musi ich robić. Może to i miało jakiś sens w układzie,w którym to tylko facet pracował i zarabiał na dom, a partnerka o ten dom dbała, jednak we współczesnych realiach, w których obydwie strony poruszają się w sferze zawodowej, zupełnie straciło rację bytu. I całe szczęście! Teraz pozostało tylko czekać, aż społeczeństwo przestanie postrzegać takie bałaganiary jak ja, jako wybrakowany egzemplarz.

Mam nadzieję, że nie jesteś z tych, którzy potrzebują kucharki, sprzątaczki i kobiety w jednym, bo będziesz miał przy mnie rozdarte serce. Będę się starać, nie zaprzeczam, jednak jeśli chodzi o kurę domową to możemy z niej zrobić co najwyżej... naszego pupila.

Twoja A.

środa, 21 września 2016

#5

Kochany,

są takie noce kiedy człowiek nie chce spać. Nie chce nic. Oddycha jedynie cicho, żeby nawet sobie nie przeszkadzać. Może patrzeć w sufit widziany tysiące razy i trwać. Być ze swoją samotnością sam na sam. Tonąć w myślach.

W nocy nic nie da się ukryć. Świat śpi, odpoczywa, regeneruje się. Kiedy nadejdzie świt przedstawienie zacznie się od nowa. Show must go on - klasycznie. Ty mały człowiek zdajesz sobie sprawę, że Cię wciąga, że zatracasz się w jego mechanizmie, gubisz w tłumie. W nocy nie potrafisz udawać, że jest inaczej. W nocy wiesz czy pozorujesz własne szczęście i dlaczego.

Kiedy myśli mnożą się w Twojej głowie, jeden wielki szum zaczyna Cie paraliżować. Zaczynasz szukać ramion, które objęłyby Cię razem z Twoją samotnością. Nie dziwiły się Tobie, nie pouczały, że jutro trzeba wstać do pracy, nie mówiły, że przesadzasz. Przytuliły, nic więcej. Kropka.

Fatalnie się bez Ciebie zasypia.

Twoja A.

piątek, 16 września 2016

#4

Kochany,

zauważyłam, że część mężczyzn na hasło "kobieta z silnym charakterem" ma ochotę uciekać jak najdalej. Pojawiają się wizje o heterze, która zdominuje ich życie i zrobi wszystko by chodzili jak w zegarku... jej zegarku. Zagarnie prywatną, życiową przestrzeń, a faceta potraktuje jak zdobycz na własność. W rzeczywistości "nie taki diabeł straszny...". Przynajmniej w przypadku Twojej Wybranki.

To, że nie pozwolę Ci decydować za mnie, mówić mi co jest dla mnie lepsze, używać argumentu "bo tak", czy traktować moich potrzeb jako tych mniej ważnych, nie znaczy wcale, że będę Cię chciała trzymać na smyczy! Nic bardziej mylnego...

Najtrudniejszej, a jednocześnie najpiękniejszej miłości nauczyły mnie... koty. Tak, właśnie koty. To specyficzne zwierzęta. Opiekujesz się nimi, a one mimo tego... nie zawsze mają ochotę na Twoje głaskanie, chodzą własnymi ścieżkami, nie są w Ciebie wpatrzone jak w obrazek, czasami drapią by pokazać brak zadowolenia i nie okazują skruchy niezależnie od swojego występku. Jednak kiedy po całym dniu wojaży przychodzą właśnie do Ciebie się przytulić i zasnąć... to czujesz się cholernie ważny i kochany. Inaczej niż w przypadku psa, który wielbi mimo wszystko, cieszy się na Twój widok za każdym razem, chce głaskania zawsze i wszędzie, pozwala prowadzić na spacer w wyznaczone miejsce. To byłoby zbyt proste. Dlatego podpisuję się pod cytatem Wiśniewskiego: "Nie założę Ci nigdy w życiu żadnej obroży. Mężczyźni z obrożami na szyi i tak nie wracają do swoich kobiet. A ja chciałabym, żebyś wracał. Do mnie. Bądź wolnym kotem, ale budź się rano obok mnie.".

Miłość to wolność.
Zamiast wziąć Cię pod pantofel, wolę wziąć Cię za rękę.

Twoja A.

środa, 14 września 2016

#3

Kochany,

sporą część dzisiejszej nocy spędziłam na szukaniu pokoju do wynajęcia. Internet zalany jest tego typu ofertami. Wyobraź sobie, że po przejrzeniu dziesiątek z nich nie znalazłam zupełnie nic. Żadnego kawałka przestrzeni, w której chciałabym żyć.

Tak sobie pomyślałam, że dobrze byłoby poszukać czegoś z Tobą. Niewielkiego, skromnego mieszkanka, do którego wracalibyśmy ukryć się przed całym światem. Zdjąć wszystkie maski, przebrać w dresy i przytulić do siebie nawzajem. Zwyczajnie, prosto, codziennie. Być tą gorszą wersją siebie bez obawy, że znikniemy gdy na naszej drodze pojawi się kobieta sukcesu z nogami do nieba czy wpływowy mężczyzna z torsem jak u greckiego boga. W tym jednym miejscu wyzbyć się obaw, mieć pewność.

Kiedy zrobiło mi się smutno, przypomniała mi się piosenka Starego Dobrego Małżeństwa „Jest już za późno” i tekst Stachury: „Jeszcze zdążymy tanio wynająć małą mansardę, z oknem na rzekę lub też na park. Z łożem szerokim, piecem wysokim, ściennym zegarem. Schodzić będziemy codziennie w świat.”. 
I smutek jakby odszedł, w końcu… my też zdążymy.

Twoja A.

wtorek, 13 września 2016

#2

Kochany,

Jadę właśnie zatłoczonym pociągiem. Jest cholernie gorąco! W wagonie, w którym siedzę obiecywano klimatyzację. Tak to jest z obietnicami. Znowu dałam się nabrać… 1:0 dla PKP.

Mam wrażenie, że lato już nigdy się nie skończy. Większość ludzi się cieszy, a ja z utęsknieniem czekam na jesień. Spokój i melancholia, która towarzyszy tej porze roku pozwala mi oddychać pełną piersią. Spacery po miejskim parku pełnym pordzewiałych drzew, albo co lepsze – po lesie, sprawiają, że zaczynam wierzyć w lepsze dni, choć z każdą kolejną jesienią bagaż trudnych doświadczeń robi się coraz cięższy. Pewnie w tym roku jeszcze nie będziemy razem wypatrywać wiewiórek i popijać zielonej herbaty, ale kiedy już się zjawisz podaruję Ci specjalny kubek na nasze chłodne wyprawy, taki z silikonową pokrywką (są super!). Podejrzewam, że zanudzę Cię opowieściami z mojego życia. W zamian za to, obiecuję z zaciekawieniem słuchać, o każdej zwyczajnej rzeczy z Twojego, choćby o tym jak oszukała Cię Pani ze spożywczego mówiąc, że bułki są świeże.

Twoja A.

PS. Nie uwierzysz… Włączyli klimatyzację! Może w takim razie i jesień niedługo nadejdzie?

#1

Kochany,

dzisiaj piszę do Ciebie pierwszy raz. Trochę się stresuję, bo nie chcę źle wypaść.

Jeszcze się nie znamy, ale wierzę, że gdzieś tam jesteś. Codziennie od nowa poszukujesz sensu w całym tym chaosie złych myśli i zdarzeń. Przemierzasz zatłoczone ulice, przyglądasz się twarzom przechodniów i szukasz w nich odpowiedzi na pytania, które niczym krople deszczu uderzają w Ocean Twojej Świadomości. Popijając zimną kawę zastanawiasz się, czy chodzi po tej planecie dusza równie niespokojna jak Twoja i po kolejnej nieudanej relacji zaczynasz w to wątpić. Piszę ten list, aby wykrzyczeć: „Jestem tu!”.

Często myślę o tym jak się poznamy. Czy będzie to romantyczny początek, do którego aż chciałoby się podłożyć nastrojową muzykę, czy raczej proza codzienności w barze z szybkim jedzeniem? No i kolejna spawa: jak mnie rozpoznasz? To nie będzie proste w tłumie pięknych, długonogich kobiet z ciekawym wyrazem twarzy… Szukaj w kącie „dziewczyny z sąsiedztwa”, ani ładnej, ani brzydkiej - szarej myszy w kolorowym wdzianku z oczami niczym gorzka czekolada – to będę ja.

Trudno mi się żyje bez Twoich ramion. Chciałabym, żebyś ciągle mnie przytulał! Jakaż to rozkosz znaleźć się w objęciach kogoś, kto nosi Cię w sercu. Seks przy tym blednie! I jeszcze na noce czekam... takie, podczas których zaśniesz i obudzisz się przy mnie. W całej Twej prostocie i ludzkiej niedoskonałości wybiorę Ciebie spośród wszystkich innych. Tylko szukaj mnie, proszę.

Jest mnóstwo miejsc, które razem musimy odwiedzić i chwil, które musimy przeżyć... a tak naprawdę nie musimy. Nic nie musimy, zrobimy jak będziemy chcieli! Łamiąc zasady, odrzucając konwenanse i popełniając błędy. Nie wiem jaki jest kolor Twoich oczu, zapach Twojej skóry, czy nawet uśmiech. Jednak tęsknię za Tobą bardziej niż za kimkolwiek innym. Nie poddawaj się w poszukiwaniach. Wierzę, że uda Ci się mnie odnaleźć.

Chciałabym Cię już teraz, kiedy piszę to wszystko.
Świat na nas czeka. Ja na Ciebie czekam. Ty na mnie czekasz.
Na najlepsze warto poczekać.

Twoja A.

poniedziałek, 12 września 2016

Od czegoś trzeba zacząć

Początki są trudne. W sumie pośrodku też nie jest najlepiej, a na końcu się umiera. 

No i pierwsze 2 zdania jakoś poleciały... w iście schopenhauerowskim stylu. Szaro, buro i ponuro - tak jak lubię. Nie znajdziecie tu nic ciekawego, poważnie. To nie żart, ani chwyt marketingowy. Szczera, nieatrakcyjna prawda. O sławie i pieniądzach z pisania mogę zapomnieć.
Jak na romantyczną nudziarę przystało będę publikować tu listy pisane do Ukochanego... którego nie mam, nie znam, nic o nim nie wiem. Chcę się z nim dzielić swoim światem zanim się poznamy. Może czasem warto zmienić kolejność?

Jeśli już tu trafiłeś Człowieku, witam na pokładzie!
A.